logo
  :: menu główne
  :: wyszukiwarka


ULUBIONE PŁYTY 2010
wg słuchaczy programu NOC MUZYCZNYCH PEJZAŻY


MIEJSCE
WYKONAWCA
TYTUŁ ALBUMU
1 ANATHEMA We're Here Because We're Here
2 LUNATIC SOUL Lunatic Soul II
3 GAZPACHO Missa Atropos
4 PERRY, BRENDAN Ark
5 GABRIEL, PETER Scratch My Back
6 TRANSATLANTIC The Whirlwind
7 IRON MAIDEN The Final Frontier
8 DIVISION BY ZERO Independent Harmony
9 QUIDAM Strong Together DVD
10 PAIN OF SALVATION Road Salt One
11 BLACK COUNTRY COMMUNION Black Country Communion
12 ANANKE Malachity
13 BELIEVE World Is Round
14 DISPERSE Journey Through The Hidden Gardens
15 ACUTE MIND Acute Mind
16 PLANT, ROBERT Band Of Joy
17 OZBOURNE, OZZY Scream
18 KARNIVOOL Sound Awake
19 KINGS OF LEON Come Around Sundown
20 PINKROOM Psychosolstice
21 GOD IS AN ASTRONAUT Age Of The Fifth Sun
22 GERRARD, LISA Black Opal
23 PINEAPPLE THIEF, THE Someone Here Is Missing
24 INSIDE AGAIN End Of The Beginning
25 TERMINAL Tree Of Lie
26 SBB Blue Trance
27 THERION Sitra Ahra
28 COMA Symfonicznie
29 MINASIAN, DAVID Random Acts Of Beauty
30 KARNATAKA The Gathering Light
31 LA BRIE, JAMES Static Impulse
32 LOVE DE VICE Numaterial
33 BONAMASSA, JOE Black Rock
34 MYSTERY One Among The Living
35 HYPNOS 69 Legacy
36 FJIERI Endless
37 DEINE LAKAIEN Indicator
38 SPOCKS BEARD X
39 DIANOYA Obscurity Divine
40 MOSTLY AUTUMN Go Well Diamond Heart
41 RED BOX Plenty
42 CRIPPLED BLACK PHOENIX I, Vigilante
43 CIRCLE OF BARDS Tales
44 LEBOWSKI Cinematic
45 STAR ONE (ARJEN LUCASSEN) Victims Of The Modern Age
46 MR. GIL Skellig
47 BLACK NOODLE PROJECT, THE Ready To Go
48 LACRIMOSA Schattenspiel
49 LIPNICKA, ANITA Hard Land Of Wonder
50 LAO CHE Pršd Stały Pršd Zmienny


ULUBIONE PŁYTY 2010
Piotra Kosińskiego


MIEJSCE
WYKONAWCA
TYTUŁ ALBUMU
1 KARNIVOOL Sound Awake
2 HYPNOS 69 Legacy
3 WOLF PEOPLE Steeple
4 PERRY, BRENDAN Ark
5 GRANT, JOHN Queen Of Denmark
6 ANATHEMA We're Here Because We're Here
7 GAZPACHO Missa Atropos
8 MY BROTHER THE WIND Twilight In The Crystal Cabinet
9 FROGG CAFE Bateless Edge
10 BONAMASSA, JOE Black Rock



Wybrane komentarze słuchaczy

GAZPACHO - MISSA ATROPOS

Absolutna magia i arcydzieło, które chyba przebiło genialnego poprzednika co wydawało się niemal graniczyć z cudem. To nie jest zwykła muzyka, to coś z czym mogąc obcować po zmroku, bez żadnych zewnętrznych zakłóceń, dzwoniących telefonów, szumiącego telewizora, czy krzyczących domowników pozwala nam dotknąć absolutu i rozwiać ostateczne wątpliwości, że Bóg istnieje, i że poprzez te dźwieki ma nam do zakomunkowania wiele ważnych i cennych rzeczy, a przede wszystkim pozwala uwrażliwić się na świat i jego piekno, którego źródłem jest także sam człowiek.
Dominik z Łodzi

Cóżeś uczyniła zbłąkanym ustom, że płyną w srebrnej samotni muskając obrzeżem, fontanny mgielnych prześwitów? Ile w tym magii niosącej swoje znamiona po najdalszy zakątek naszego umysłu, odbitej w lustrze księżyca...
Włodzimierz z Warszawy

Gazpacho po przepięknej płycie "Tick Tock" obdarowuje nas równie przepiękną płytą. Malowana tymi samymi dźwiękami melancholii choć przedstawiający inny pejzaż uniesień. Gazpacho pokazuje nam co dzieje się w głowie i duszy samotnego człowieka który chce stworzyć mszę ku czci bogini losu i przeznaczenia. Muzyka tej płyty przygniata nas przyjemnym ciężarem smutku i melancholii pobudzając nas do wglądu swojej duszy i samych siebie. Nie sądziłem, że Gazpacho nagrają lepszą płytę niż "Tick Tock" lecz myliłem się i mogę uczestniczyć w ich mszy dusz.
Miras z Tczewa

Gazpacho nie zwalnia tempa. Trzeba nie lada odwagi i wiary w swój kunszt, by rok po genialnej płycie "Tick Tock" zdecydować się wypuścić w świat kolejne dzieło. Przez ten rok Gazpacho mocno zamieszali na scenie muzycznej, ich popularność znacznie wzrosła, o czym może świadczyć choćby fakt, że w wyszukiwarce internetowej ich strona wyprzedziła przepis na hiszpańską zupę o tej samej nazwie. W XXI wieku to zdaje się jest wykładnia popularności. O tempora, o mores! "Missa Atropos" to kolejna opowieść, tym razem jest to historia człowieka, który tworzy mszę poświęconą Atropos, bogini losu i przeznaczenia. Rozważania bohatera ubrane są w niezwykłą muzykę, Norwegowie znów zabierają nas w świat ulotnych, cudnie hipnotycznych dźwięków, ta niezwykła atmosfera to już jest znak firmowy Gazpacho. Z tej płyty, podobnie jak z poprzedniej trudno jest wybrać jeden utwór, taki sztandarowy, coś jakby singiel, który powalczy o pierwsze miejsce listy przebojów. Tego albumu należy słuchać w całości, bo tylko wtedy można w pełni docenić piękno tej muzyki, którą nazywam muzyką zamkniętych oczu? Panowie z Gazpacho, jak sami głoszą chcą, abyśmy słuchając ich płyt, na chwilę oderwali się od świata. Do mnie ich przesłanie trafiło.
Maciej z Płocka

Gazpacho to jednak ciągle dla mnie odkrycie. Po ?Tick Took?, bardzo szybko wydany kolejny album. Nie ukrywam miałem obawy czy udźwigną ciężar znakomitej poprzedniczki. Po pierwszych dźwiękach wszystko uleciało, zniknęły porównania zostałem pochłonięty przez mszę dla bogni losu i przeznaczenia. Album samotnego człowieka pochylonego nad tym co było, jest i będzie. ?Missa Atropos? spowija bardzo oniryczny klimat utkany dźwiękami piania, wiolonczeli i zdecydowanymi i gasnącymi rifami gitary przechodzącej w piękne sola. Pustki Skandynawii towarzyszą wspaniałym dziełom, takim jest ostatni album Gazpacho.
Tomasz z Chojniczek

W tym roku gazpacho ma smak samotności. Msza napisana dla bogini Atropos - missa Atropos - mizantropia - umiłowanie nieszczęścia i jej nieodrodne dziecię samotność. Spragnione światło wyalienowanej latarni morskiej odbija się w ostrzach nożyc najstarszej siostry, miedzy nimi niecierpliwie spoczywa nić ludzkiego istnienia. Co zaprowadziło Cię do tego nadmorskiego azylu, gdzie rozgwiazda jest jedyną rozmówczynią ? Co sprawiło, że zapragnąłeś by ślepe, bezlitosne ostrze okaleczyło Twe życie z wszelkich więzi ? Norwegowie zawsze poruszali tematy złożone i niełatwe (Jan-Henrik Ohme powinien publikować opracowania do swoich liryków:). Nie inaczej jest tym razem. Także muzyka grupy łatwo ocenom się nie poddaje. Pozornie monotonna, pozbawiona indywidualnych szlifów poszczególnych instrumentalistów, ma jednak w sobie jakąś tajemniczą siłę, hipnotyczną magię, która wciąga słuchacza na długie miesiące. Jej wielowarstwowość pozwala odkrywać za każdym przesłuchaniem przeoczone wcześniej smaczki aranżacyjne. Zachowują własny niepowtarzalny, unikatowy styl i wciąż najwyższy poziom emocjonalnej autentyczności, sprawiając, że choć za każdym razem ich muzyka, podobnie jak potrawa, od której zapożyczyli swą nazwę, syci nasze zmysły nieco inną paletą przypraw, wciąż jest to gazpacho i mimo, iż porcje są obfite w eteryczne piękno, ciągle mamy ochotę na kolejne dokładki.
Arek z Radomska

Otrzymujemy po albumie "Tick-Tock" kolejną koncepcyjną płytę ,zilustrowaną muzycznie opowiesc wypełnioną mitologicznymi dzwiękami. Klimat,magia i tajemniczosc ogarnia słuchacza podczas wchłaniania zawartosci tego albumu. Zostajemy oderwani od rzeczywistosci i otaczajacego nas swiata, rozkoszujac sie i poznając delikatny smak muzycznej perełki "Missa Atropos". Ta muzyka to duchowa muzyczna uczta dla miłosników tajemniczych muzycznych pejżaży. Melancholia,poezja,zaduma,urok i mitologiczna moc jest ukryta w twórczosci grupy Gazpaczo.Nie pozostaje nic jak tylko wygodnie usiąsc w swojej domowej "latarni",zamknąc oczy i oddac sie całkowice mitologicznym dzwiekom,które docieraja do naszej duszy i serca pobudzajac naszą wyobraznię przenosząc nas do magicznego swiata za posrednictwem muzycznego biura podróży Gazpacho.Pieknie sie słucha tej muzyki w klimacie otaczającej nas mroznej i snieżnej zimy za oknem a nas przenikają gorące dzwieki z płyty "Missa Atropos". Trzeba poddac się magicznemu czarowi muzyckijaką stworzyli dla nas muzycy z grupy Gazpacho.Panowie naprawdę wielki ukłon w waszą stonę miło jest słuchac takich płyt.
Andrzej z Rudy Śląskiej

Progresywni Czarodzieje - Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty "Missa Atropos" stwierdzam, że jestem od niej po prostu uzależniony, jak od ukochanej osoby : "To jakby mżył drobny deszcz, w którym idziesz i nie wiesz, że pada. A potem czujesz, żeś przemókł aż do samego serca." Podoba mi się na tym albumie absolutnie wszystko : forma, niebanalna treść i klimat. Muzycznie jest to płyta bardzo spójna, gdzie granice między utworami zacierają się, a każdy dźwięk i każda nuta jest potrzebna. Na szczególną uwagę zasługują moim zdaniem urzekająco piękne partie fortepianowe.Pojawia się również krótki motyw sakralny ze śpiewem chóru ("Mass For Atropos 3").Ten niespełna dwuminutowy fragment stanowi ornament tego niezwykłego dzieła. Podsumowując : mądra treść, ponadczasowa muzyka odziana w inteligentne i bardzo współczesne dźwięki, realizacja dźwięki na najwyższym poziomie. Fenomenalne wydawnictwo, dla mnie ulubiona płyta 2010.
Wojciech W.

LUNATIC SOUL - LUNATIC SOUL II

Cykl się zamyka, czarne jing zyskuje białe jang. Balans światła i cienia zostaje zachowany. Tak bardzo pragnąłbym napisać o tym albumie coś mądrego i wzniosłego, jakoś go podsumować, ale prawda jest taka, ze po prostu nie potrafię. Próbowałem dziesiątki razy, lecz wszystkie słowa wydawały się zbyt małe i nikczemne, nieadekwatne by opisać to misterium, wykraczające daleko po za płaszczyznę muzyki i poezji, ten hipnotyczny trans, który sprawia, ze dźwięki przestają być zauważalne, a moja własna dusza unosi się gdzieś w eterycznej próżni. To, jakby powiedzieli amerykanie, sensacja, spirytualne doznanie, stan jedności z samym sobą i całym niezmierzonym wszechświatem osiągalny w jednej krótkiej chwili, najgłębsze wnikniecie wewnątrz własnego "ja", pierwotny obrządek, inkantacja, która dotychczas była niekompletna, ale właśnie została dopełniona, co pozwoliło jej uwolnić swą prawdziwą moc. Nie próbujmy Lunatic Soul opisywać, analizować, oceniać, było by to, jak rzekł pewien mądry człowiek, tak daremne, jak próba zrozumienia przez muchę siedzącą na ścianie La Sagrada Familia w Barcelonie, ogromu i architektonicznej złożoności budynku, na którego ścianie się znajduje. Chyle czoła Panie Mariuszu, Pan jest Antonio Gaudi, a jam zwykły insekt.
Arek z Radomska

Bardzo się cieszę, że Mariusz Duda zaprosił nas znów do sennej wędrówki po swoim muzycznym świecie. Ja to zaproszenie z chęcią przyjąłem, bo świat to niezmiernie piękny i wypełniony magicznymi dźwiękami. Lunatyzm to nocne spacery przy księżycu, idealnie określenie to pasuje do muzyki, którą Pan Mariusz proponuje nam na swojej drugiej płycie. Aby wkroczyć na tą drogę, nie trzeba wyciągać rąk przed siebie i wałęsać się gdzieś po dachach, wystarczy tylko zamknąć oczy?Mnóstwo tu spokoju, takiej przyjemnej senności, zapewne dlatego, że dużo jest gitary akustycznej, często słychać kojące brzmienie fletu, jest pianino, a nawet cymbałki. Czasem tę sielankę przerywają ostre, chaotyczne dźwięki, robi się niespokojnie, nerwowo, ale nie powoduje to żadnego dyskomfortu . Ot, takie chwilowe wywołanie skrajnych emocji?Mariusz Duda chwilami śpiewa niczym średniowieczny minstrel, od czasu do czasu słychać gdzieś w tle kobiecy głos , wszystko to nadaje tej muzyce takiej kojącej, relaksującej jasności?Zresztą już kolor okładki sugeruje, czego po tej płycie możemy oczekiwać ? podróży po jasnej stronie księżyca. W przeciwieństwie do typowego lunatyzmu, który nie pozostawia wspomnień, ta muzyka przeżyte doznania pozostawia w nas na długo?
Maciej z Płocka

W czym tkwi tajemnica tego albumu? Oniryzm? Teksty? Koncept? Orientalizm? Melodyjność? Głos? Instrumentarium? Wszystko "tak"! Ale jest coś jeszcze... Lunatic Soul wypełnia pewną lukę w Muzyce, i to znaczną lukę. Wypełnia spory brak na polskiej scenie - odkrywa nowe horyzonty. Kontynuuje tradycję szokującej w swoim czasie Orkiestry Ósmego Dnia, czy Osjan. Tak - można powiedzieć "że Dead Can Dance". Tak jest bardzo łatwo. Niestety/na szczęście pole do popisu w tym wypadku jest niemalże nieograniczone. Tu po prostu robi się Muzykę przez wielkie "M" i (aż) tyle. Potem wielkie zdziwienie "na płycie w ogóle zrezygnowano z gitary elektrycznej!". Tak Proszę Państwa, bo Muzykę się tworzy i nikt nie powiedział, że rock potrzebuje elektryka, perkusji, zwrotki-refrenu-zwrotki etc. I to jest właściwe podejście do tematu. Uczcie się młodzi! Macie trudniej - każde pójście tym tropem przyklei do Was łatę "kalki Lunatic Soul". Nie zrażajcie się jednak i uczcie się od Pana Dudy, bo to najlepszy przykład pięknej filozofii muzyki.
Piotr ze Słupska

Najbardziej oczekiwana płyta tego roku! W jaką to kolejną podróż po swych labiryntach swej mrocznej duszy wciągnie nas Mariusz na swej nowej odsłonie Lunatic Soul? Prowadzi nas między świadomością życia i śmierci, między bytem, a niebytem. Muzyka wprowadzająca w trans przyprawiona orientalnymi smaczkami wciąga nas bezwładnie. To nie jest łatwa płyta, lecz po kilkukrotnym odsłuchu jesteśmy pod władaniem tej mrocznej muzyki i nie chcemy się oderwać. Mnie wchłonęła nie od razu jak pierwsza (ta ciemniejsza) odsłona Lunatic Soul, ale udało się jej. Jej biel mnie ujęła wciągając w swoją otchłań.
Miras z Tczewa

Zgodnie ze słowami Mariusza Dudy druga płyta Lunatic Soul miała być mniej mroczna, co zresztą sugeruje biała okładka. Moim zdaniem to prawda. Dla mnie to muzyka na wskroś klimatyczna, poruszająca do głębi. Teksty o międzywymiarowych wędrówkach to bardzo ciekawa i bliska mi tematyka. Możliwości i zagadki ludzkiego umysłu są ciągle nie odkryte, toteż napisanie o tym i stworzenie muzyki, która potrafiłaby to zobrazować jest zarazem trudne ale też fascynujące. Nie mam co do tego wątpliwości, że Mariusz Duda też pasjonuje się tą tematyką, a jego wyobraźnia musi być olbrzymia. Inaczej nie stworzył by dzieła tak doskonałego. W przypadku drugiej płyty dałem się od razu ponieść jej klimatowi i wciągnąć w świat na niej stworzony. Zupełnie na marginesie: przy okazji filmu Incepcja, pośrednio traktującego o podobnej tematyce, pomyślałem, że płyta ta mogłaby stanowić doskonałe muzyczne tło, do tego filmu.
Piotr z Sosnowica

Płyta "Lunatic Soul II" mieści się gdzieś pomiędzy art rockiem a muzyką orientalną, choć absolutnie nie jest ani jednym ani drugim. Nie jest to też Riverside ani rock progresywny, ani trochę. Nie ma tu też elektrycznej gitary. Jest za to ambient i odpoczynek, choć nie można tu zaznać relaksu. Sporo oryginalności, okładkowa biel w opozycji do "czarnego" albumu. I choć na tamtej płycie Lunatic Soul mogliśmy usłyszeć płacz kobiety, a na nowej śmiech dziecka, nie jest to wbrew pozorom optymistyczny album. Zresztą biel, jak twierdzi sam Mariusz Duda, to specyficzna odmiana mroku. Wokół jego nowego dokonania nie brakuje wcale aury tajemnicy. Kolejne utwory są spokojne i minimalistyczne, ale także bogate w ukryte treści. Trudno wyrwać się z tego snu, gdyż jest on bardzo spójny. Kolejne utwory zapewniają ciągłość doznań, dzięki którym cały dyptyk jest niesamowitą wędrówką pomiędzy różnymi światami.
Rafał z Pruszkowa

Ciąg dalszy podróży nastąpił po muzycznych zakamarkach Mariusza Dudy.Wspaniale został zbudowany nastrój i klimat klejnego dzieła Lunatc Soul niepokojącymi orientalnymi muzycznymi białymi szkicami.Nadal mamy do czynienia z melancholią i hipnozą. Muzyka ta pozwala słuchaczowi oderwac sie na chwile od rzeczywistosci,stajemy się powoli w trakcie słuchania tej muzyki zahipnotyzowani klimatem , nastrojem i różnymi dzwiękami które do nas docieraja.To kolejna podróż naszej duszy po tajemnicach naszego zycia w pogoni za swiatłem i mrokiem , czernią i bielą naszego ziemskiego bytu.Szukamy swiatła błądząc w ciemnosciach gdy juz jesteśmy w jasnosci wybieramy mroczne zakamarki naszego swiata.Wspaniały jest nowy album Mariusza Dudy wielkie uznanie za orginalnosc i twórczosc projektu Lunatic Soul.
Andrzej z Rudy Śląskiej

ANATHEMA - WE'RE BECAUSE WE'RE HERE

Absolutny mój numer jeden wśród numerów jeden ostatnich lat ! jak dla mnie najlepsza płyta od czasów Marbles! Pierwszy raz zobaczyłam Anathemę live na tegorocznym Inorocku i zakochałam się w ich muzyce a pojechałam właśnie zachęcona cudownie równym poziomem ich ostatniego albumu!
Justyna z Gdańska

Ile musiałem czekać na ich płytę. Siedem długich lat, ale warto było. Każdy utwór na tej płycie to arcydzieło. Na tym albumie Anathema serwuje nam wszystko co najlepiej potrafi. Tyle dawki melancholijnej emocji, przyprawionej taką energią nie mieli wcześniej na żadnej płycie, może na Judgement ale tutaj jest to dopracowane do perfekcji. Każdy kawałek na tej płycie to diament, każdy inny bo inaczej szlifowany ale blask tej płyty przyćmiewa wszystko co w tym roku wyszło, dla tego dla mnie to bezapelacyjnie płyta roku. Ta płyta wynosi Anathemę do Ekstraklasy Muzyki Nastroju. Już nie mogę doczekać się następnego albumu, byle znów nie kazali mi czekać siedmiu lat.
Miras z Tczewa

Nie jestem miłośnikiem Anathemy a to właśnie ta grupa została obdarzona przeze mnie laurem albumu roku. Kolejny album natchniony przez zmagania człowieka ze śmiertelnością. Anathema zabrała mnie w podróż między światem doczesnym i tym nieznanym. Próbując odpowiedzieć na pytanie po co jesteśmy, dokąd zmierzamy maluje piękną pastelową paletę dźwięków. Jest delikatnie i tajemniczo a gitara dotyka chmur, każdy fragment jest zaśpiewany tak wzruszająco, że i kamień łzę wyciśnie. Finał płyty jest jednym z najpiękniejszych fragmentów jakie usłyszałem w muzyce. Prawie każdy z nas miał sen, w którym jest ptakiem i leci nad wspaniałymi przestrzeniami, uwierzcie chcielibyście słyszeć tą muzykę. Jesteśmy tutaj między innymi i dla takich dźwięków. Piękna płyta.
Tomasz z Chojniczek

Wspaniała, pełna emocji, emanująca ciepłem, przywodząca łzy do oczu. Brak mi słów by opisać fenomen tej płyty. Anathema powróciła - i to w jakim stylu Dojrzała, pełna głębokich przemyślen. Otwiera serca i zaprasza do wędrówki po emocjach... nawet tych najbardziej ukrytych! Brawa! Przeogromne brawa!
Magda z Bray w Irlandii

Nikt nie smuci tak pięknie jak Oni, nikt inny w bezbrzeżnym muzycznym wszechświecie nie potrafi z pozornie trywialnych gitarowych riffów i akordów, prostych rytmów i klawiszowych plam, które słyszeliśmy już co najmniej stukrotnie gdzie indziej, utkać nieprzerwanego transu emocji, drobnych drgań, które niczym kropla drążąca skałę potrafią w ciągu zaledwie godziny poruszyć duszę do samego rdzenia. Słuchając nowej płyty Anathemy można, oddychając rzadkim powietrzem słonecznego poranka, wpatrując się w senną poświatę, naprawdę uwierzyć, że anioły kroczą między nami i popełnić prosty błąd tworzenia, kochania i upadku. Spotkałem się z opiniami, że teksty i melodie na tym albumie są zbyt optymistyczne i stanowią swoistą zdradę wobec przygnębiającego etosu wcześniejszych anathemowych utworów, ale czyż pogodzenie się z własną nieistotnością w obliczu ogromu świata, łagodne poddanie się nieraz okrutnym i bezdusznym prądom życia, pokładanie nadziei w miłości jako jedynym, stałym pewniku nie stanowi esencji melancholii, za którą ukochaliśmy ten zespół w jego doom metalowych początkach "cichej zagadki" i stopniowych woltach stylistycznych, zwracających go poprzez gotyk ku artrockowo-alternatywnym równinom? Dla mnie to płyta roku, pełen prawdziwych, żywych uczuć, tak rzadkich we współczesnym skomercjonalizowanym muzycznym światku, monolit, który uderza falami piękna o skały wrażliwości, by uwolnić nieśmiałe terapeutyczne strumyki łez. Monolit, arcydzieło, sześćdziesięcio minutowa jazda bez trzymanki na rolercoasterze uczuć i piękna, płyta roku po prostu !!!
Arek z Radomska

To "prosty błąd"... a jak wiele wyjaśnia. Kurczowo trzymając się życia zdaje się nam, że wisimy nad otchłanią śmierci. Taka Muzyka nie przychodzi z nikąd. Ton nadaje jej nieśmiertelne Życie. A życie z taką Muzyką to coś co nie pozwala na obawę przed śmiercią. Odejdziemy tam skąd przypłynęła wiecznie nią oddychając. Jednak teraz ... jesteśmy tutaj... Czekamy w zachwycie na to co nastąpi...
Adam z Sieradza

W tym roku istniała dla mnie właściwie tylko ta płyta, resztę listy mogłem równie dobrze zostawić pustą. Wyczekiwana przeze mnie od kilku (zdecydowanie zbyt wielu!) lat najnowsza płyta Anathemy spełniła wszystkie moje nadzieje. Kierunek, w którym podąża muzyka braci Cavanagh, a który zarysował się na poprzedniej płycie A Natural Disaster, idealnie trafia w mój gust muzyczny. I niech chór malkontentów narzeka - dla mnie najnowsze dokonania Anathemy mogą spokojnie konkurować z muzyką z Judgement czy Alternative 4, o starociach w stylu Silent Enigmy nie wspominając. Jest tu i trochę romantycznego wyciszenia (Dreaming Light), i trochę ostrzejszego grania (A Simple Mistake), trochę melancholii (Angels Walk Among Us) ale też wiele radości (przede wszystkim najradośniejszy utwór 2010 - Everything). Nie mogę się zdecydować, który utwór uznać za najlepszy na płycie - czy post-rockowy Hindsight, który towarzyszył moim myślom od listopada 2007 roku, gdy pierwszy raz usłyszałem go podczas koncertu w Poznaniu (przed Porcupine Tree), czy rozwijający się stopniowo i kończący instrumentalnym majstersztykiem A Simple Mistake. Chyba jednak ten drugi. Cudowna płyta, do której na pewno będę wracał jeszcze przez wiele lat.
Mateusz z Gdańska

Powrót moich muzycznych idoli z początku mojej świadomej muzycznej drogi, a więc z połowy lat 90. minionego wieku - Anathemy. Zawsze podchodziłem do ich nowych płyt jak do jeża - nie wiem skąd się to brało. Nigdy się niczego nie nauczyłem-zawsze obawy, a później radość, że nie rozczarowali, a wprost zachwycili. Tak było z każdą płytą. Obawy przed premierą Nowej studyjnej były wyjątkowo duże - przerwa w nagrywaniu albumów była trochę długa. Długa jak nigdy. Jednakże to tylko taka różnica, bo muzyka zawarta na płytce jak zawsze świeża, piękna, poruszająca, szczera i płynąca prosto z serca do serca. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko koncertowego misterium z przedstawieniem dźwięków z nowego albumiku, które to ziściło się w Inowrocławiu, Warszawie i dopełniło całkowicie w Krakowie na absolutnie spektakularnej długości występie grupy w klubie studio, w którym to łzy płynęły same zapewne nie tylko mi po twarzy, szyi i całym ciele aż na podłogę. Boski występ, coś wisiało w powietrzu tego wieczoru - teraz wisi zawsze w moim pokoju kiedy słucham "We are here because we are here"
Andrzej z Hajnówki

Lśnienie - Anathema wspięłą się na artystyczne wyżyny. Najwspanialsze na tej płycie jest to, że ta muzyka dodaje otuchy i pozwala mieć nadzieję, że nasz codzienny wysiłek ma sens, że życie się nie kończy, lecz trwa wiecznie. Z utworów "bije" pozytywna energia, a takie fragmenty jak : "Dreaming Light, "A Simple Mistake" czy "Universal" na długo pozostaną w mej pamięci. Muzycznie : perfekcjonizm w każdym detalu. Mój faworyt na płycie to "A Simple Mistake": gitarowy majstersztyk. Na całym albumie poruszająco piękne i wspaniałe są wokale. Lubię słuchać tej płyty wczesnym rankiem w myśl hasła : kiedy ranne wstają zorze… Anathema Ci pomoże !
Wojciech W.

  :: menu #2

© 2002 - 2006 Noc Muzycznych Pejzaży. Wszelkie prawa zastrzeżone.
www.pejzaze.prv.pl
wykonanie: PPinki, Pendragon i Shesmovedon
logo: Iwona i Mirek Kielar
dziękujemy firmie Venco oraz serwisowi artrock.pl za udostępnienie miejsca na serwerze
strona istnieje od 2 stycznia 2002r.

nasze rocznice: 5.01.1992 - pierwsza audycja w RMF, 18/19.04.1998 - powrót audycji (tym razem w PR3)