powrót

POLSKI ART-ROCK vol.3


Promowanie muzyki progresywnej, art-rockowej czy jakkolwiek ją nazwać nie należy w obecnych realiach do najłatwiejszych. Niejednokrotnie wymaga wielkiego samozaparcia ale może także przynieść wiele satysfakcji. Wydawnictwo Lynx Music jako jedno z nielicznych w Polsce już od kilku lat wypełnia to zadanie, a najnowszym namacalnym tego dowodem jest kolejna część cyklu Polski Art-Rock. Adam Gerczycki i Ryszard Kramarski już po raz trzeci przedstawiają twórczość zespołów penetrujących przeróżne nurty muzyczne.
Krążek przynosi czternaście kompozycji czternastu zespołów z całego kraju (i nie tylko), zarówno młodych jak i "weteranów". Podobnie jak w przypadku części 1 i 2 oprócz muzyki, słuchacz otrzymuje książeczkę, w której zamieszczono najważniejsze informacje o wykonawcach.
Jak zatem prezentują się dokonania polskich art-rockowców A.D. 2003?
Moje odczucia są mieszane. Wydaje mi się, iż część trzecia całościowo troszkę ustępuje dwóm poprzednim (na tym krążku nie znajdziemy zespołów znanych - a za takie należy uznać np. Abraxas, Lizard, Quidam czy RSC prezentowane wcześniej). Podstawowym zarzutem może tu być także nie najlepsza jakość nagrań (są oczywiście wyjątki), ale na to należy przymknąć oko, zważywszy na fakt ograniczeń, jakie stoją przed młodymi wykonawcami. Nie znaczy to jednak, że na płycie nie ma momentów interesujących...

Płytę otwiera Special Experiment - "Projekt Muzyki Progresywnej i Symfonicznego Rocka kompozytora i producenta Dzidka Marcinkiewicza". "Night Over Marakesh" pochodzi z płyty "Fortune Memories" wydanej w ubiegłym roku przez Wydawnictwo 21 i dla kogoś, kto jej nie słyszał musi w jakiś sposób reprezentować całość krążka. Czy spełnia to zadanie? I tak i nie. Na pewno jest to nagranie najlepsze pod względem realizacji na recenzowanej płycie, ale i warunki w których powstawało prawdopodobnie odbiegały od reszty. Na pewno dzięki niemu daje się wyczuć klimat, jaki najbliższy jest Dzidkowi ale... No właśnie - być może wynika to z moich preferencji - ja wybrałbym inne...
Jak sam tytuł wskazuje, przenosimy się w egzotyczne rejony (pierwszy ale nie ostatni raz na płycie) i to daje się odczuć w muzyce. Orientalne skale pomysłowo skontrastowane z brzmieniem klawesyny i ostrą gitarą dają bardzo interesujący efekt. Kunszt warsztatowy nie podlega tu dyskusji ale jak dla mnie gitara rytmiczna powinna być bardziej wyeksponowana a sztuczne flażolety można było pominąć (brzmią tu bardzo archaicznie). Ten krótki fragment powinien zachęcić do sięgnięcia po "Fortune Memories" co z pewnością jest rzeczą wartą uczynienia.

Ad Libitum proponuje utwór "Pustynia". Po pierwszych dźwiękach robi się bardzo floydowsko i jest tak prawie do końca. Tu po przypominamy sobie, że to nagrania rodzimych wykonawców. Z mojej strony to pewien zarzut, bowiem nie przepadam za stylem śpiewania jaki prezentuje wokalista. Całość wydaje się chaotyczna, wyrwana z kontekstu, jest jakby zapowiedzią czegoś miłego, czego nie dane jest nam poznać a szkoda. Chętnie dowiedziałbym się, co może czekać słuchacza dalej.

Indukti i ich "Turecki" to mój zdecydowany faworyt. Słychać echa King Crimson z Davidem Crossem (pewien fragment do złudzenia przypomina mi końcówkę "Calamity" z krążka "Testing To Destruction" skrzypka). Karmazynowo jest w zasadzie przez cały czas. Gitary sprzęgają się w tak umiejętny sposób, że nie sposób nie przypomnieć sobie o Gordian Knot, u perkusisty z kolei wyczuwa się szkołę Portnoy'a:). Żałuję, że tak krótko...

Kolejna propozycja to "Wyprawa" włocławskiego After. Sympatyczne granie i kolejna śpiewająca kobieta (kojarząca się bardzo z wokalistką ANN:)). Utwór raczej spokojny (dużo powietrza wnoszą gitary akustyczne) z mocniejszą końcówką, znów jakby nie do końca przemyślaną. W ostatecznym rozrachunku jednak nie zniechęca. Numer pięć to propozycja formacji Colt - "From The Fridge". Zaryzykować mogę twierdzenie, że panowie lubią muzykę lat 70-tych. Początek niczym stare Deep Purple a potem wycieczki w stylu niewiele odbiegającym od wczesnych nagrań UFO czy Iron Butterfly. Niestety, jakby ze złą mapą. Największe mankamenty Colt to angielski i brzmienie (choć ten ostatni z wiadomych względów możemy wybaczyć).
Nagranie odbywało się chyba na setkę co można wnosić po rytmice, choć wettonowska maniera wokalisty po kilku przesłuchaniach wydała mi się sympatyczna. Po poprawieniu brzmienia i przemyśleniu solówek nie miałbym większych zastrzeżeń, a odnosząc się do tekstu zamieszczonego w książeczce można powiedzieć, że dziś rzeczywiście niewielu tak gra...

Suchi Pion za sprawą nagrania "Marzenia Jurka Kija" przypomina o istnieniu w historii rocka Franka Zappy - a to głównie dzięki miękkiemu, kaczkowatemu brzmieniu gitary (pamiętacie Peaches en Regalia?), trochę infantylnym brzmieniom klawiszy i jazzującej perkusji.

Następnie znów ktoś spoza Polski - New Credo - włoska formacja działająca od 1985 roku.
Po pierwsze: wielki plus za mellotron - zaniedbany ostatnio straszliwie. "Wstęp" to próba połączenia tego, co w art-rocku działo się przez ostatnie 30 lat. Brzmienia klawiszy niczym u Marillion, pasaże jak w Genesis, wokal jakby debiutujący Threshold. Jest spokojnie, jest mocniej, jest mężczyzna (śpiewający po angielsku) i kobieta (po polsku - Marysia Stefaniak z zespołu "Na szlaku"). Bardzo kolorowo i interesująco, o czym przekonałem się dopiero po jakimś czasie. Przyczepia się do człowieka niepostrzeżenie i wierci... Niestety, całość psuje jakość realizacji. Byłby to jeden z najlepszych momentów płyty, gdyby nie brzmienie.

Percival Schuttenbach to mój tym numer 3. "Gry rozum śpi" jest ewenementem jeśli chodzi o pomysłowość aranżacji. Nie psuje mojego zdania na ten temat nawet pamięć o "niebieskiej" płycie Aya RL, na której jest wiele podobnych utworów ("Moje on to on") i do której ta kompozycja mogłaby nieźle pasować, ani nawet nieczytelność tekstu (po zrozumiałych fragmentach wnoszę, że jest on w swoim wydźwięku bardzo tajemniczy). Pomysłowo zestawiono tu "filtrowane" loopy z brzmieniem wiolonczeli, co dyskretnie podkreśliło nastrój nagrania. Także gitara brzmi momentami jak elektryczne skrzypce wpasowując się w konwencję.

Howling Aliens prezentuje tu kompozycję "In The Garden Of Evil III". Muzycznie zespół penetruje rejony bliskie twórczości Morfine. Nie są to moje ulubione dźwięki i dla mnie to jeden z najsłabszych momentów płyty. Angielski wokalisty nie powala a skrzypce także nie są w stanie urozmaicić błahej aranżacji.

Do propozycji Angel Of Swing mam podobną uwagę jaką uczyniłem przy nagraniu Special Experiment. Wcześniej miałem okazję słyszeć całą, nie wydaną płytę formacji Grzegorza Fijałkowskiego i tu znów moim zdaniem twórcy kompilacji nie wybrali najlepiej. "Zusammen Street" ukazuje na pewno styl zespołu, ale ma on w swoim dorobku kilka dużo ciekawszych kompozycji. Całość na pewno brzmiałaby dużo lepiej, dynamiczniej gdyby w nagraniu użyto akustycznych bębnów a nie tylko automatu perkusyjnego. Trzeba także pamiętać, że odbyło się ono w 1996 roku. Wielopłaszczyznowość i komplikacje rytmiczne to pierwsze rzeczy które się zauważa. Grzegorz jest niewątpliwie pomysłowym kompozytorem i sprawnym instrumentalistą, dobrze by było gdyby znalazł jeszcze odpowiednich ludzi do współpracy, gdyż zespół obecnie nie istnieje.

Ogrodowe Aleje 11 i ich "Biały Świat" to na pewno nie mój świat jeśli chodzi o wokalistkę i literacką formę przekazu. Nie ukrywam, że nie są mi bliskie teksty zbliżone od krainy łagodności. Zupełnie inaczej jest w warstwie muzycznej. Bardzo miłe dla ucha dźwięki gitary klasycznej wspaniale współgrają z trąbką, a przy solówce robi się jeszcze przyjemniej, troszkę bujająco. To na pewno świetny moment do scenicznych ewolucji Piotra Domagalskiego, gitarzysty zespołu, który potrafi grać "na temat" bez zbędnej dłużyzny.

Reggae, rock i troszkę Hiszpanii cechuje "Listwę Kobiety" Bibisi. Nagranie instrumentalne łączące kilka stylów oddzielonych ostrzejszym "refrenem". Dużo ciekawsza okazuje się końcówka, choć całość jest trochę niespójna - połączona jakby na siłę.

Inside The Outside to jakby połączenie Waitsa, Cohena, The Sister Of Mercy i Davida Bowie. Na początku "Crash" dominują ci pierwsi (charakterystyczny głos wokalisty, powolne rytmy) ale potem za sprawą elektroniki wszystko nabiera rozpędu, przykuwa uwagę, robi się ciekawsze. Chętnie poznałbym resztę twórczości Krakusów.

Na zakończenie znów przenosimy się w egzotyczne rejony za sprawą "Beduina" zespołu Żandarm. Motyw etniczny troszkę pretensjonalny ale całość jakoś się broni. To na pewno jedno z najbardziej dynamicznych nagrań na płycie (drugi raz zacząłem potupywać) i chyba najbliżej mu do tzw. muzyki popularnej. Słychać, że muzycy są sprawni, realizacja także stawia ich wysoko w tej dziedzinie. Całkiem sympatyczne nagranie.

Dalej jest tylko nadzieja na to, że wydawcy nie zaprzestaną rozpoczętego dzieła w myśl zasady "do trzech razy sztuka". Czekanie na część czwartą z pewnością umili płyta "Polski Prog Metal", której wydanie zapowiedziane jest na wiosnę (dlatego celowo pominięto tu prezentację grup zainspirowanych muzyką choćby DT).
Jak już wspomniałem, największą uciążliwością jest niejednokrotnie jakość prezentowanych nagrań, ale nie wymagajmy zbyt wiele od twórców, którzy stawiają pierwsze kroki w świecie wydawniczym i to w tak "niepopularnym" kierunku. Jeszcze raz wielkie słowa uznania dla twórców składanki. Oby tak dalej.

Robert Grablewski