powrót

"Trying to kiss the sun"

Pamiętam jak kiedyś słuchałem Nocy Muzycznych Pejzaży. Piotr Kosiński nie zapowiedział utworu, tylko puszczał je jedynie tłumacząc ich teksty. Bez zdradzania tytułów i wykonawców. Pośród nich znalazł się jeden, który szczególnie mnie poruszył, głównie z powodu pięknego refrenu. Dwa tygodnie później znowu pojawił się ten utwór. Tym razem już dowiedziałem się, że jest to niemiecka grupa RPWL, która do tej pory znana była wyłącznie z grania coverów Pink Floyd. Utwór z pięknym refrenem miał tytuł "Fly" i był pierwszą częścią trzyczęściowej kompozycji "Hole in the sky", która pochodziła z debiutanckiej płyty zespołu "God has failed". Niedługo potem ukazała się owa płyta. Okazała się rzeczą dobrą, choć nie bardzo dobrą. Trochę mógł irytować styl zespołu, który momentami był po prostu kopią Floydowskiego stylu, a w szczególności głos wokalisty, który czasami do złudzenia przypominał głos Gilmoura. Jednak słychać było, że chłopcy mają talent do tworzenia trudnych melodii, a najjaśniejszym punktem albumu okazał się wspomniany "Hole in the sky".

Teraz pojawiła się kolejna płyta RPWL zatytułowana "Trying to kiss the sun". Okazała się znacznie lepsza od swojej poprzedniczki. Zespół wyraźnie zaczął tworzyć własny styl. Styl wciąż wyraźnie nawiązujący do Floydów, ale już nie w takim stopniu jak poprzednio. Nie ma już mowy o kopiowaniu. Co prawda wokalista nadal często smiewa jak Gilmour, ale chyba nie można mieć do człowieka pretensji o to jakim głosem został obdarowany.
Płytę otwiera dynamiczny utwór tytułowy, później jest nastrojowy "Waiting for a smile" i melodyjny "I don't know( what is like)". Następnie pojawia się znakomity "Sugar for the ape", moim zdaniem jeden z najlepszych utworów na płycie. Oparty na kontrastach między ostrymi zwrotkami i łagodnym "floydowskim" refrenem, a to wszystko pięknie zagrane (szczególnie gitara i bas) i zwieńczone nostalgicznym fortepianowym zakończeniem. Potem mamy ładny, ale nieco mdły "Side by side", który jednak posiada intrygującą końcówkę: słyszymy ptaszki ćwierkające, kaczki, jakis strumyk, dziwny kobiecy, chyba "zaśpiew", a to wszystko na tle ładnego, trochę psychodelicznego "pejzażu" gitarowo- klawiszowego. Dalej jest "You" z intrygującą partią klawiszy i jakąś "rozmową kosmonautów" na końcu. Później psychodeliczny, ale mało ciekawy "Tell me why", chyba najsłabszy utwór na płycie. Kolejny utwór to śliczna ballada "Believe me" po której następują znowu klimaty znane z pierwszej strony "Meddle" (wiadomo jakiego zespołu). To "Sunday morning". A na zakończenie wspaniały i wyraźnie nawiązujący do "Hole in the sky" utwór "Home again".
Album kończy się pięknym i jakby "rozmarzonym" solem gitarowym na tle łagodnie nitrujących w prawym uchu organów Hammonda. To chyba najładniejszy fragment ten płyty.
"Trying to kiss the sun" to (podobnie zresztą jak "God has failed") płyta bardzo dobrze wyprodukowana. Wszędzie czujemy "przestrzeń" tej muzyki. Poza tym jest mnóstwo różnych dźwięków: odgłosy natury, jakieś rozmowy, brawa jakiejś publiczności w "Sugar for the ape"... Teksty już nie są tak smutne jak na pierwszym krążku. Wręcz przeciwnie. Już sam tytuł "Trying to kiss the sun" namawia jakby do zawierzenia marzeniom, by przekraczając granice niemożliwego "spróbować ucałować słońce".

Drugi album RPWL to kawał dobrej, artrockowej roboty. Nie ma tu długich, wieloczęściowych suit, nie ma przerostu formy nad treścią. Są nie za długie utwory z aranżacyjnymi smaczkami i pięknymi melodiami, czyli to, co RPWL umieją robić najlepiej. Mam nadzieję, że na następnych płytach będą nadal rozwijać swój oparty na Wielkich Mistrzach, ale własny i odrębny styl.


Fripper (also known as chwalcie Zielska uSzafranione)