powrót

R P W L: "God Has Failed"

Pojawili się nie wiadomo skąd ale wiadomo dlaczego.
Po prostu wiele osób oczekiwało na takie dźwięki. Floydzi raz jeszcze- tyle, że wtórni.
Na innej płycie, nagranej przez różne zespoły w hołdzie wielkim PF, wykonali "drobnostkę"
wielkich pt. "Cymbaline". Powstała, zapierająca dech w piersiach, psychodeliczna muzyka.
Zwrócili na siebie uwagę szerszej (czytaj europejskiej), progresywnej publiczności.
Dostali wielkie brawa, znakomite recenzje i obudzili nadzieje na przyszłość.
Płyta "God Has Failed" jest ich debiutem i spełnieniem (??) pokładanych nadziei.


Co to za muzyka? Blisko jej, bardzo blisko do tego, do czego przyzwyczaił nas Pink Floyd.
Jest trochę tajemnicy i niepokojących klimatów. Jest melancholijny i urzekający wokal.
Są dźwiękowe zabawy w postaci: rozmów telefonicznych, ćwierkania ptaków, filmów granych
na niewidzialnym ekranie, kanałów radiowych zmienianych przez kogoś, kto jest i go nie ma,
"kosmicznego" zgiełku. Wiele w tym graniu linii melodycznych i jakiejś ilustracyjności.


RPWL to kwartet niemiecki, śpiewający po angielsku. Powstał w 1997 roku chociaż muzycy
mają już za sobą długie granie w innej formacji. Muzycy czyli: R- Phil Paul Rissettio
(perkusja), P- Chris Postl (gitara basowa), W- Karlheinz Wallner (gitary),
L- Jurgen "Yogi" Lang (wokal, keyboards)- pierwsze litery to RPWL. Grali koncerty
z własnymi wersjami utworów Pink Floyd. Kiedy znano ich już z takiego grania (okolice Monachium)
zaczęli włączać do repertuaru kompozycje własne. I pierwsze i drugie przyjmowane były dobrze.
Równie ciepło została przyjęta debiutancka płyta "God Has Failed". Tytuł odzwierciedla uczucia
wokalisty (Lang) po nagłej stracie ojca. Teksty na krążku są piękne, mroczne i dotyczą ciężkich
prób jakim poddaje nas los.


Jaka to płyta? Urzekająca, melancholijna, wciągająca ... i kontrowersyjna ! Premierę miała we
wrześniu 2000 r. a u nas pojawiła się pod koniec lutego 2001. Już pierwsze dźwięki przenoszą
w świat fantazji, świat magii. Basowe "granie" czegoś, co nadlatuje, jakieś komunikaty,
pojawiają się instrumenty, dźwięki narastają, rosną i wybuchają potęgą brzmienia, przestrzeni.
Lekkie wyciszenie - pojawia się wokal. Jakieś głosy (radio?) i znowu wszystko potężnieje, staje
się patetyczne. Nagłe wyciszenie- znika śpiew, pozostaje gitara basowa i grająca pojedyncze
dźwięki gitara elektryczna. W tle monotonnie i jednostajnie grająca perkusja. Robi się psychodelicznie.
Na tym tle pojawiają cię jakieś "kosmiczne" pojedyncze dźwięki, które czasami są samym pięknem,
czasami intrygują, czasami przerażają. Lecimy, jesteśmy wszechświatem czy tylko pyłkiem we
wszechświecie? I nagle wszystko zwalnia- jak stara płyty na zatrzymującym się gramofonie.
Tak mija 8 minut pierwszego utworu "Hole in the sky (part 1, part 2)". Natychmiast pojawia
się drugi, trzeci. I kiedy wydaje się, że już nic piękniejszego nie może nas spotkać pojawia
się kompozycja "In Your Dream". To chyba punkt kulminacyjny płyty, ze znakomitym śpiewem,
wspaniałymi harmoniami dźwiękowymi, cudowną gitarą, wciągającą pulsacją, "efektem radia" i ...
wszystkim najlepszym, co być może. Ale dalej napięcie nie słabnie. Pojawia się przepiękny,
balladowy utwór "Crazy Lane" z akustycznymi gitarami, jakąś wiolonczelą w tle, przecudnej urody
liniami melodycznymi i pięknie "zrobioną" dynamiką. Nie wiedzieć, czy płakać, czy śmiać się-
z zachwytu. I znowu "nadlatuje", powraca, temat z pierwszego utworu "Hole in the sky (part 3 ... the promise)".
Wreszcie finał- "Farewell". Jakże pięknie się rozwija. Od spokojnego śpiewu i grania po
rozlewność brzmienia i patos całości. Kiedy wszystko zanika i wydaje się, że to koniec,
nagle pojawiają się dźwięki akustycznej gitary, spokojny wokal i fortepian. Przepiękna,
akustyczna ballada- magiczne dźwięki i ... zostajemy sami z pięknem, którego już nie ma,
ale które jeszcze gra ... . Tak kończy się ta płyta, w której zakochać się łatwo, a miłość
ta niebezpieczną jest. A kontrowersja ? To już kiedyś... i gdzieś... było tyle, że do końca
się tego sprawdzić nie da a może i nie warto!


Mazaja [Jacek Mazanec]